„Neapol słodki jak sól” to najnowsza książka o Włoszech Piotra Kępińskiego. Zapraszam do przeczytania wywiadu z autorem, który przeprowadziłam w Warszawie, przy okazji spotkania z czytelnikami nad Wisłą.
Panie Piotrze, cieszę się, że po dwóch wywiadach, które przeprowadziłam z panem za pośrednictwem internetu, wreszcie udało nam się spotkać osobiście, i to w dodatku w wyjątkowych okolicznościach, bo znajdujemy się w Warszawie, dosłownie kilkanaście metrów od Wisły. To miejsce jest panu znane?
Tak, chociaż nieco lepiej znam Bulwary Wiślane, bliżej Mostu Gdańskiego, bo mieszkałem przy ul. Rajców. Tu też bywałem, ale dużo rzadziej – zazwyczaj docierałem do okolic Elektrowni Powiśle, więc w sumie byłem w tym miejscu najwyżej dwa-trzy razy.
Po raz pierwszy odwiedził pan Neapol w 1981 roku, a więc można przypuszczać, że książka „Neapol słodki jak sól” jest zapisem dość długiej relacji z tym miastem.
Z jednej strony długiej, a z drugiej strony krótkiej. Rzeczywiście, po raz pierwszy znalazłem się w tym mieście ponad 40 lat temu, ale później, przez wiele lat, do Neapolu nie jeździłem. Częściej i na dłużej zacząłem odwiedzać Neapol już z moją żoną, czyli około 20 lat temu. To miasto jest dla mnie drugim albo trzecim najważniejszym miejscem we Włoszech – między innymi z powodów rodzinnych. Rodzina mojej żony, która pochodzi z Abruzji, jeździła do Neapolu bardzo często, a ich sympatia do tego miasta ma źródło w historii. Abruzja była częścią Królestwa Neapolu, a więc to Neapol, a nie na przykład Rzym, był dla Abruzyjczyków punktem odniesienia. Kiedy dziadek mojej żony chciał jechać do dużego miasta, to myślał o Neapolu, a nie na przykład o Rzymie – nawet później, po zjednoczeniu Włoch. Do dzisiaj w żartach Abruzyjczycy umniejszają trochę Wiecznemu Miastu, wyśmiewając się z dziur w drogach czy śmieci na ulicach, podczas gdy w Neapolu nic im za bardzo nie przeszkadza.
Chcę zatrzymać się jeszcze przy tym pana pierwszym kontakcie z Neapolem. Był pan wtedy w zupełnie innym momencie życia, ale także Włochy miał pan o wiele mniej rozpoznane.
Oczywiście. Neapol był wówczas dla mnie wielkim światem, kolorowym… Byłem młodym chłopakiem, który przyjechał z szarego PRL-u. Pani tych lat nie może pamiętać.
(śmiech) To prawda, ale domyślam się, że kontrast był duży.
W Warszawie czy w Poznaniu nie mogłem na przykład pójść do sklepu z płytami długogrającymi, a tam miałem wszystko. Dlatego, jeśli chodzi o włoskie miasta, to dla mnie nie było najważniejsze to, że są niekoniecznie wyczyszczone i błyszczące. Najistotniejsze było to, że panowała w nich wolność, że można było kupić to, co się chciało. Szedłem chociażby do wydawnictwa polskiego Witolda Zahorskiego i dostawałem stos książek o prawdziwej historii Polski. Opowiem pani anegdotę: jakiś czas temu na spotkaniu autorskim w Paryżu, poznałem pana, który przyniósł ze sobą książkę pt. „Polak w Rzymie” autorstwa właśnie Witolda Zahorskiego i zapytał, czy znam tę książkę. Odpowiedziałem mu, że nie dość, iż znam, to jeszcze poznałem autora, a nawet byłem u niego w biurze. Okazało się, że to był jego syn. Zatem czasami takie historie z przeszłości wracają po latach, tylko trochę w innej formie.
Czy pomysł na napisanie książki o Neapolu narodził się w pana głowie jeszcze przed „włoskimi” książkami czy już w trakcie, gdy wychodziły „Szczury z Via Veneto” czy „W cieniu Gran Sasso. Historie z Abruzji”?
Pomysł powstał dosyć dawno, jeszcze przed książkami o Rzymie, tylko ten Rzym stał się w moim życiu jakoś bardziej intensywny, przytłaczając wszystko inne. Neapol zszedł na dalszy plan, chociaż robiłem notatki, miałem jakieś teksty, ale moi wydawcy, jak i zresztą ja sam, doszliśmy do wniosku, że skoro mieszkam w Rzymie, to pisanie na poważnie o Włoszech powinienem zacząć właśnie od tego miasta. Potem pojawiła się Abruzja, chociaż w tym przypadku, za sprawą mojej żony, miałem ten region na wyciągnięcie ręki. I wreszcie powstała książka o Neapolu – jako ostatnia, pomimo że pomysł powstał najwcześniej.

Po „Historiach z Abruzji” to pana kolejna książka, która ukazuje się w Wydawnictwie Czarne i mam wrażenie, że wraz z tym wraca ten charakterystyczny dla pana reportersko-eseistyczny styl pisania.
Absolutnie tak – bardzo dobrze wyczuwa pani moje intencje. Jest to zawieszone pomiędzy esejem, reportażem, felietonem a czasami opowiadaniami. Tomasz Stawiszyński nazwał „Szczury z Via Veneto” opowiadaniami i pewnie ma rację – ma rację tak tę książkę odbierać. Jeśli miałbym określić jednym słowem, czym jest chociażby książka „Neapol słodki jak sól”, to nazwałbym ją szkicem, czyli czymś, co nie jest skończone, co znajduje się pomiędzy – nie jest ani jednym, ani drugim. Ja nawet nie próbuję dążyć do jakiegoś konkretnego gatunku literackiego, bo wygodniejsze dla mnie jest wybieranie tego, co mi w danym momencie pasuje. Jednak pewne jest to, że nie są to reportaże.
Jest coś jeszcze, co charakteryzuje pańskie pisarstwo, a mianowicie to przeskakiwanie z tematu na temat, przechodzenie z jednej do drugiej, pozornie nieprzystającej do siebie myśli. Było to zauważalne zarówno w „Szczurach z Via Veneto”, jak i w „Historiach z Abruzji”, ale mam wrażenie, że w książce „Neapol słodki jak sól” weszło na jeszcze inny, wyższy poziom. Czy to stolica Kampanii tak pana zainspirowała?
Być może ma pani rację, że rytm Neapolu, który jest szybki, gwałtowny, a czasami nawet szalony, sam w sobie dyktuje tempo. Nie da się pisać o pewnych zjawiskach, z którymi mamy do czynienia w Neapolu „na nudno”. Nie pasują okrągłe, lejące się zdania – wydaje mi się, że lepiej dopasować rytm tekstu do tamtejszej rzeczywistości. Starałem się to zrobić, a skoro pani ma takie spostrzeżenia, to chyba się udało (śmiech).
Co w Neapolu pana fascynuje, a co wkurza?
To jest pytanie łatwe i bardzo trudne zarazem. Prawda jest taka, że związku z tym, iż nie mieszkam w Neapolu na stałe, jestem bardziej wyrozumiały w stosunku do tego miasta – przyjeżdżam, wybaczam i jest super. Rzym irytuje mnie o wiele bardziej, ale wytłumaczenie na to jest proste – mieszkam tam. Jestem lokatorem Rzymu, ale również Rzym jest trochę moim lokatorem. Walczymy ze sobą. A w Neapolu, prawdę mówiąc, niewiele rzeczy mnie irytuje – no, może kierowcy, którzy przejeżdżają na czerwonym świetle, bo jest to po prostu niebezpieczne. Ta dezynwoltura neapolitańczyków musi być na dłuższą metę denerwująca i gdybym tam mieszkał, to pewnie też by mnie to dotykało. Dla mnie Neapol jest figurą emocjonalno-historyczno-rodzinną, którą wypracowuję w swojej głowie, więc powiedziałbym, że bardziej mnie fascynuje niż irytuje. Konglomerat literatury, historii, sztuki i ludzi, który tworzy ciało tego miasta, jest sam w sobie fascynujący.
Spore fragmenty w książce poświęca pan Gustawowi Herlingowi-Grudzińskiemu, który mieszkał w Neapolu. Jaka była jego relacja z tym miastem?
Stosunek Herlinga-Grudzińskiego do Neapolu był złożony, a zaczął się od wielkiej aprobaty i zafascynowania, kiedy tam przyjechał i osiadł. Jednak po paru miesiącach, ten zachwyt osłabł, bo zobaczył, że neapolitańczycy są raczej wsobni, niezainteresowani światem zewnętrznym, a sam Neapol bywa miejscem trudnym – oprócz tego, że brudnym, to przesyconym zwyczajami, które mu przeszkadzały. On walczył z tym miastem – z jednej strony był zachwycony zabytkami, malarstwem Ribery, chodził do Certosy di San Martino – zresztą miał wiele swoich ulubionych miejsc, które są przepiękne. Ale dostrzegał również trudy życia w tym mieście. Myślę, że to wszystko nie było łatwe dla człowieka, który przyjechał z zupełnie innej rzeczywistości – on oczywiście świetnie się w niej poruszał, ale jego stosunek do Neapolu rozciągał się od zachwytu do wielkiego wkurzenia.
Małą tradycją stało się w naszych wywiadach to, że proszę pana o polecenia włoskiego autora, który ciekawie pana zdaniem pisał o miejscach, którym pan poświęca swoje książki. Kto to będzie tym razem?
Polecam Raffaele La Caprię. „Śmiertelnie ranny” jest fantastyczną metaforą Neapolu. Ta książka powstała wiele dekad temu, a autor już nie żyje, jednak została przetłumaczona na język polski i może da się jeszcze zdobyć ją w jakichś antykwariatach. Warto poszukać. Dla mnie była to książka ważna, bo po raz pierwszy zobaczyłem tam literacki portret dwudzielnego Neapolu – nieprzesolonego ani także nieprzesłodzonego, ale zbalansowanego, i ten balans był znakomicie wytłumaczony.
Napisze pan jeszcze jakąś książkę o Włoszech?
Na razie robię sobie przerwę, ale wrócę z pewnym tematem, o którym będę mógł powiedzieć niebawem. Zamierzam opisać miasto w zupełnie innym regionie Włoch.
Rozmawiała Marta Wiśniewska
Wywiad z Piotrem Kępińskim można obejrzeć również w formie video na moim kanale YouTube. 👇
Jeśli spodobał Ci się ten materiał, to możesz postawić mi wirtualną kawę, np. espresso, cappuccino lub latte: https://buycoffee.to/periodistamarta Będzie mi miło wypić „czarne złoto” w Twoim towarzystwie 🙂

